Strumień świadomości – rozmowa z Kathią

Strumień świadomości – rozmowa z Kathią

Czuła, delikatna, ale i świadoma siebie oraz swoich emocji – taka jest Kathia na drugim albumie “Nie chcę być tu sama”.

Jak się czujesz z tym, że wypuściłaś swoje drugie dziecko na świat?

Bardzo lekka, ale jednocześnie pozytywnie przytłoczona dobrymi emocjami i wdzięcznością za ludzi, z którymi tworzyłam ten album i wdzięcznością za ludzi, którzy teraz go słuchają i którzy do mnie piszą, że go uwielbiają, słuchają od początku do końca – bo tak został skonstruowany – choć przecież nie muszą. To jest dla mnie z pewnością większa gratyfikacja niż zewnętrzne motywacje typu Nagrody czy nominacje. Nie robię muzyki dla jakiegoś bliżej niezidentyfikowanego gremium, tylko dla prawdziwych osób

z krwi i kości, do których sama należę.

Mam wrażenie, że Kathia z „Nie chcę być tu sama”  to Kathia uziemiona. Wciąż pełna emocji, ale stabilniejsza i spokojniejsza.

Tak, ten album jest spojrzeniem na ból z perspektywy osoby, która już go przeszła. To nie szaleńcze rozdrapywanie ran, ale spokojne przyglądanie się im. Na okładce mam twarz zanurzoną pod wodą, ale ta twarz jest bardzo spokojna.

Przy okazji premiery „Przestrzeni” mówiłaś, że nie byłoby tamtej płyty gdyby nie euforia i łzy, z czego łez było więcej. A bez czego nie powstałby nowy album?

Zgadzam się tu z tamtą Kathią i przybieram z nią piątkę, bo tutaj także bez łez nic by nie powstało. Dla mnie najważniejszym elementem są emocje, dzięki którym piszę piosenki i przez które w ogóle ten album powstał. Kiedy próbuję napisać cokolwiek, gdy jestem absolutnie niczym nieporuszona, to mi to kompletnie nie wychodzi. Takie piosenki od razu lądują gdzieś w czyśćcu piosenkowym i nie uwzględniam ich przy wydawaniu.

Czyli muzyka z serca i trzewi, nie z głowy.

Kiedyś myślałam, że każdy tak ma, że ludzie piszą właśnie w emocjach i w rozedrganiu, a okazuje się, że jest wielu artystów, którzy podchodzą do procesu tworzenia bardziej analitycznie, bardziej niż poddając się emocjom, rozmyślają nad tym, co piszą. To też jest ciekawa i fajna droga. U mnie to jest proces takiego strumienia świadomości.

Umiesz wyobrazić sobie siebie piszącą w sposób analityczny?

Myślę, że w moim przypadku tekst byłby wtedy wydmuszką. Kiedy piszę z emocji mam wrażenie, że teksty są bliższe, prawda?

Jak traktujesz tytuł „Nie chcę być tu sama”? Jako statement? Wołanie, prośbę?

Kiedy pisałam piosenkę tytułową – bo jest to piosenka, która zamyka album – myślałam bardziej o niej jako o cichym wołaniu, bo sam utwór jest bardzo spokojny. To wołanie jest wręcz błagalne, choć w zasadzie nie wiem do kogo kierowane.

Gdy pisałam ten album nie byłam samotna. Mam wokół siebie ludzi, przyjaciół, rodzinę, wszech ogarniającą miłość. Być może więc chciałam dotknąć takiej czysto romantycznej miłości? Teraz, gdy śpiewam „Nie chcę być tu sama”, myślę o tym, że nie chcę tej miłości utracić, chcę ją zatrzymać.

Zewsząd słyszymy o samotności jako pladze naszych czasów, a z drugiej strony – że nie potrafimy utrzymać związków.

Stąd też właśnie ten tytuł. To, co łączy wszystkie istoty ludzkie, oddychające i czujące, w jakiś sposób dotyczy drugiej osoby i to nie chodzi stricte o tę romantyczną stronę, ale o to, że my po prostu potrzebujemy relacji, więzi i bliskości.

O „Przestrzeni” mówiłaś, że ten album jest dla Ciebie. Teraz z kolei mam wrażenie, że jest bardziej dla słuchaczy.

To jest ciekawa obserwacja, ale gdy myślę o tym albumie, to wydaje mi się, że nadal większość piosenek jest dla mnie. W momencie pisania były one moim sposobem poradzenia sobie z tym, co przeżywam. Na pewno w „Niemocy”, mówię troszkę i o sobie, i o odbiorcach i odbiorczyniach – jest w niej motyw naszego ogólnego, społecznego zagubienia w świecie. Czasem mam wrażenie, że chcę po prostu przetrwać, przejść przez życie już do tych lat 30. i zostawić za sobą lata 20., bo tak nas przeorały.

Czy jest granica intymności, której nie przekroczyłabyś w sztuce?

Czy w sztuce nie powiedziałabym czegoś o sobie, bo się boję? Nie ma takiej granicy. Nie chciałabym na pewno podawać szczegółów, dzięki którym można by zidentyfikować osoby, o których piszę w piosence (śmiech) Na ten moment to na szczęście niemożliwe, bo styl, w którym piszę teksty jest raczej metaforyczny. Bardzo wprost opisuje miłość w „Stój”, ale nie chciałabym podawać numeru rejestracyjnego auta byłego partnera. Napisałam kiedyś taką piosenkę, ale nie wydałam jej nigdy i raczej nie wydam. Są pewne granice.

Skąd wziął się funky rytm i język francuski we „Wszystko jedno”?

Bardzo eksperymentowałam przy tej piosence. W nocy weszłam do swojego małego domowego studia i po prostu zaczęłam robić ten numer, sklejać ze sobą gitary, Język francuski pojawia się z racji tego, że „Wszystko jedno” jest bardzo sensualnym utworem, a gdy myślę o języku, który jest sensualny, myślę właśnie o języku francuskim.

Przy „Przestrzeni” robiłaś wszystko sama. Tu masz mnóstwo wspaniałych gości: dziewczyny z Lor, Mela Koteluk, Oysterboy, z którym prowadzisz dialog w „Boję się wody”.

Wszystkich zaproszonych do nagrań bardzo szanuję muzycznie i naprawdę ich po prostu na co dzień słucham, więc zaprosiłam ich z miłości do ich muzyki, do ich twórczości. To były piękne muzyczne spotkani ai jestem bardzo za nie wdzięczna.

Z Piotrem Kołodyńskim, czyli Oysterboyem, wyszło w ogóle bardzo, bardzo naturalnie i organicznie, bo Piotr rejestrował moje gitary i jest współproducentem niektórych utworów na płycie. Pierwsza moja myśl, żeby nagrać coś z nim dotyczyła jego piosenki „Chciałbym mieszkać nad morzem”. Po jej usłyszeniu miałam takie głębokie poczucie, że „Piotr, ja chcę z Tobą, po prostu chcę Ciebie na płycie” i wiedziałam, że chcę się odnieść do jego piosenki, stąd też mój tekst „Chciałabym mieszkać nad morzem, ale boję się wody, boję twojej miłości”.

Meli Koteluk słucham od gimnazjum czy może nawet podstawówki i to, że się zgodziła, jest dla mnie wielkim spełnieniem marzeń.

Dziewczyn z Lor też słucham od dawna i bardzo się zakolegowałyśmy. Naprawdę nie miałam nigdy takiej fajnej dziewczęcej więzi z kimś z branży muzycznej, jak z nimi.

Na studiach kulturoznawczych pisałaś pracę licencjacką o kobietach w muzyce. Czy ta więź z członkiniami Lor wpisuje się jakoś w jej wnioski?

Nie zgłębiałam w pracy takich tematów, ona była oparta na faktach i badaniach dotyczących luki płacowej, udziału kobiet w rynku, przemocy seksualnej.

Natomiast z moich doświadczeń wynika, że z więzią kobiet w branży jest coraz lepiej – odczuwam je na własnej skórze.

Zdradź, o współpracy z kim jeszcze marzysz.

Spełnieniem marzenia była Mela. Marzy mi się Kasia Nosowska, ale to raczej niemożliwe. A gdybym mogła kogoś przywrócić do życia, byłaby to Kora. Ona była nie z tej ziemi.

Jesteś silnym filarem poznańskiej sceny, która – zaraz po trójmiejskiej – jest najsilniejsza w Polsce.

Poznań jest miastem muzyki i cieszę się, że tutaj się urodziłam i wychowałam. Tutaj dzieją się dla mnie niesamowite rzeczy. Na „Nie chcę być tu sama” odwołuję się do Poznania bardzo dosłownie dwa razy. Poznań jest dla mnie takim spokojnym, skompresowanym miastem, gdzie, mam wrażenie, że ludzie się nie spieszą, a wszystko wydaje się swojskie. Samo miasto tworzy atmosferę. Tu chce się wracać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *